Powietrze w parku pachnie wczesną jesienią. Zniknęły gdzieś tłumy ludzi, pozamykano budki z lodami. Trawa wciąż zielona zaprasza, by przysiąść gdzieś pomiędzy drzewami i delektować się promieniami już nie aż tak upalnego słońca. W takich chwilach pojawia się myśl, że efektem chorowania mogą być też chwile, w których czujesz się wyjątkowym szczęściarzem. Bo możesz być, doświadczać, czuć… Jonathan Carroll towarzyszył mi dziś. Ze swoją magią i snami w odcinkach, które wciąż zdarzają się i mnie. Może czas zacząć zapisywać historie swoich „sennych światów”. Nie ogarniam ich i nie nadążam za nimi.  Zatęskniłam za Carrollowym Wiedniem ze  „Śpiąc w płomieniach„.

Pełnia. Szalone sny, pełne pustynnych ogrodów. Mroczne i groźne. Pomimo pełni słońca, pełni dnia, upału i kolorów. Taka noc. Pomiędzy snami –  bezsenność i gonitwa myśli.

Słowa. Czy powtarzane ileś tam razy „niby plany” stają się przez to bardziej realne i prawdziwsze? Tak wolno oswajam się z tym, że pewne rzeczy da się zmienić. Tak trudno mi się zaczyna. A jednak.

Morze już mi się marzy. Wrzesień. Wkłady załadowane do Polaroida. Wiatr.

Od jutra, a może od dziś spotkania. Kręgi Bliskich – rodzinne/nierodzinne.  Rozmowy.

I tu i tam.